Wiem, że nowe sytuacje mogą być przerażające | Trover Saves the Universe

Czasami trafiamy na gry, o których nie wiemy co myśleć. Nie są doskonałe pod żadnym względem, a jednak przyciągają jakimś elementem na tyle mocno, że – czasami nawet nieco na siłę – chcemy je ukończyć. Może to być fabuła, którą musimy poznać za wszelką cenę. Innym razem humor, którego kolejne dawki na tyle nas bawią, że nie chcemy stracić możliwości poznania kolejnych żartów. Trover Saves the Universe nie jest grą wybitną. Jest grą zaledwie poprawną. Jednak za każdym razem, kiedy na chwilę od niej odchodziłem, z niecierpliwością oczekiwałem kolejnej sesji.

Elementem, który przyciąga do Trovera najmocniej, jest jego twórca – Justin Roiland, jeden z autorów animacji Rick i Morty, która szturmem zdobyła serca fanów na całym świecie. Jego charakterystyczny styl widać tutaj na każdym kroku, począwszy na humorze, sposobie prowadzenia dialogów, kreacji świata a na designie postaci kończąc. Przyznam, że gdyby nie ten element zapewne przeszedłbym obok tytułu obojętnie.

O co w tym chodzi?

Przejdźmy jednak do samej produkcji. W grze przyjdzie nam wcielić się w Chairorpianina (Krzesłanin? – postać pochodzącą z rasy, która całe swoje życie spędza na krześle i steruje wszystkim za pomocą pada) oraz tytułowego Trovera – Oczodołowego potwora (ang. Eye-holed monster), którym będziemy sterowali dzięki połączeniu wspomnianego pada z jednym z Dzieciątek Mocy (ang. Power Baby), które Trover umieszcza w swoich oczodołach dzięki czemu zyskuje różnego rodzaju umiejętności. Wszystko po to, aby uratować psy głównego bohatera, które potężny potwór wykorzystuje w swoich oczodołach jako źródło kosmicznej mocy, służącej mu do siania zniszczenia w kosmosie. Brzmi absurdalnie? No to już wiecie, z jakim rodzajem humoru będziemy mieli do czynienia 🙂

Opisane powyżej rozwiązanie ma w praktyce usprawiedliwić mechanikę gry VR, z myślą o której tytuł został zaprojektowany. Cały czas poruszamy się Troverem, jednak całość rozgrywki obserwujemy z perspektywy siedzącej w miejscu postaci przemieszczającej się jedynie pomiędzy węzłami na mapie (można obracać fotel a po zdobyciu odpowiedniej umiejętności unosić się na nim aby lepiej widzieć mapę). Sprawdza się to lepiej, niż początkowo się spodziewałem.

Ile gry w grze?

Od strony mechanicznej Trover Saves the Universe to w zasadzie prosta platformówka 3D. Bardzo prosta. Plansze, które przyjdzie nam przemierzać, są czytelne, elementy platformowe umowne, zagadki środowiskowe wręcz banalnie proste a elementy zręcznościowe (walka) nużące. Na swojej drodze spotkamy kilka rodzajów przeciwników, od prostych – wymagających jedynie aby ich porządnie zdzielić, przez strzelających (możemy odbijać pociski), po takich, których pokonanie wymaga rozbicia ich zbroi rzucanymi weń przedmiotami. Tak naprawdę, jedynym utrudnieniem bywa tu kamera – która przymocowana do Chairorpianina niekiedy zaburza nieco perspektywę i nie pozwala ocenić odległości / wysokości platform. Niemniej jednak wspomniane elementy nie są szczególnie męczące, po prostu to nie one są siłą tej produkcji.

Oprawa wizualna tytułu to przeniesienie w trójwymiar tego, co znamy z Ricka i Morty’ego. Postacie są znajome a ich wykonanie co prawda nie stoi na szczycie możliwości współczesnych grafików 3D ale także nie drażni oczu. Poszczególne planety, które przyjdzie nam odwiedzić są ładne. O ile ładny może być świat, w którym co krok z ziemi wyrastają zęby a ze ścian łypią na nas co chwila gałki oczne (o zwieraczach nie wspominając). Wszystko oczywiście utrzymane w przyjemnej, kreskówkowej grafice.

Jest coś wartego uwagi?

Jednak co by nie mówić o innych elementach – Trover to głównie humor. Niewybredny, oparty na lawinie wulgaryzmów i niezbyt wyszukanych skojarzeń – ale zawierający wszystko to, do czego przyzwyczaił nas Justin Roiland. Objawia się on najczęściej w dialogach – ich treści i konstrukcji. Wielkim atutem tytułu jest to, w jaki sposób zostały one zbudowane i zagrane. Przede wszystkim – atakują nas niemal cały czas. Kiedy postać wygłosi już kluczową dla fabuły kwestię, zalewa nas strumieniem myśli, komentarzami, dyskutuje z innymi lub staje się irytującą maszynką przypominającą nam co mamy właśnie zrobić i że to już najwyższa na to pora. Miałem czasami wrażenie, że dialogi zostały napisane na kolanie lub po prostu określono, co mniej więcej ma powiedzieć postać, a później oddano aktorom (najczęściej aktorowi – głosy podkłada głównie Roiland) mikrofon ze stwierdzeniem: „masz 5 minut, wypełnij to”. Kwestie są bardzo naturalistyczne, pełne zająknięć, wtrąceń, nieskładnych myśli – są tym dla linii dialogowej czym było przejście od statycznych postaci do dynamicznie poruszających się w trakcie rozmowy – wbrew pozorom zamiast siania chaosu nadaje im to realizmu.

Szkoda tylko, że tego tak mało. Steam pokazuje, iż przejście gry zajęło mi 11 godzin. W praktyce było to znacznie mniej, bowiem kilkukrotnie minimalizowałem grę w trakcie sesji w celu konfrontacji z rzeczywistością. Serwis https://howlongtobeat.com podaje, że przejście podstawki zajmuje ~5h. Jest jeszcze DLC – Important Cosmic Jobs, ale tego nie zaliczyłem, więc nie mogę się na jego temat wypowiedzieć.

Warto?

Podsumowując – dla fanów tęskniących za humorem Roilanda jest to pozycja obowiązkowa. Dla zwolenników platformówek – zmarnowany czas. Z kolei, jeśli szukacie w grze niewybrednego humoru to ze smutkiem, jako fan Ricka i Morty’ego, muszę stwierdzić, że South Park: The Stick of Truth (a nawet słabszy The Fractured But Whole), robi to lepiej.

  • Ocena: 2/3 [Jak oceniam?]
  • PLUSY:
    I got a motherf*****g sword!
    Humor :)
  • MINUSY:
    Sama gra jest banalnie prosta
    Długość
  • Tytuł: Trover Saves The Universe
  • Gatunek: Platformowa, VR
  • Data premiery: 31 maja 2019
  • Platformy: PC, PS4
  • Producent: Squanch Games
  • Wydawca: Squanch Games

Podoba Ci się artykuł?

Share on facebook
Share on twitter
Share on email
Share on print

Mogą Cię zainteresować:

Zostaw komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o